aktualnosci

 

Adam Kowalczyk w rozmowie z Pawłem 'Gumą' Gumolą, "Brum" 7,8/1995. Wywiad pochodzi ze strony Brumu.

Jestem dusza

Pamiętacie jeszcze Moskwę? Otóż Moskwa była jednym z najsilniej brzmiących głosów punkowego wybuchu lat 80., a zarazem najmniej punkowo grającym zespołem punkowym tamtych czasów. Moskwa to muzyka o niespożytej, młodzieńczej energii, prosta i niepokorna. To bardziej przekora i "olewka" niż polityczne zaangażowanie w przeróżne systemologie. Moskwa to muzyka trudna i łatwa. Bo trudno ją zaszufladkować. Łatwa, bo łatwo się do niej przekonać, zrozumieć ją i przeżyć. Moskwa to dwie płyty, z których pierwszy krążek nie tylko wychodzi poza ówczesne punkowe kanony, ale stanowi jedną z najciekawszych płyt polskiego rocka. Moskwa to rock & roll, styl bycia i recepta na szarość. Moskwa - najkrócej - to Paweł Gumola.
W 1989 roku Moskwa wraz ze swoim charyzmatycznym frontmanem zniknęła z plakatów, rozgłośni radiowych i rockowych meetingów. Czy dlatego, że punk przestał być modny? Raczej nie, gdyż ostatnie dokonania grupy miały mało wspólnego z punk rockiem. Po latach ciszy i plotek, Guma odnalazł się nagle na czele regałowej formacji Pięć Tysięcy Lat, przygotowuje solową płytę z muzyką kontemplacyjną i być może szykuje kolejną niespodziankę dla tych, którzy nie zapomnieli o fenomenie łódzkiego zespołu.


-
B: Sześć lat temu zniknąłeś ze sceny rockowej i wydawało się, że jakakolwiek działalność artystyczna przestała cię interesować. Co robiłeś?

-
P.G. Odpoczywałem. Szukałem nowej filozofii życia i zająłem się oczyszczaniem swojego umysłu. Szukałem szczęścia albo czegoś, co może mi dać szczęście.

- Pamiętasz jeszcze początki Moskwy? Skąd pomysł na taki zespół?

- Coś się, kurczę, musiało dziać w tym życiu. (śmiech)

- Na początku lat 80. wymyślić sobie nazwę Moskwa, grając ostrego, przekornego punka... Chyba chodziło Wam o coś więcej niż przyjemne zorganizowanie sobie wolnego czasu.

-Składało się na to wiele rzeczy. Gdzieś w człowieku nagromadziła się energia i trzeba było ją wyzwolić. Skumulowały się też pewne doświadczenia. Chcieliśmy to wszystko wydobyć na światło dzienne. Prowokacja została w to wpisana jakby siłą rzeczywistości, chociaż nigdy nie była naszym celem. Nie chodziło nam o prowokację, ale... była to prowokacja.

- Byłeś znany z rozległych fascynacji i szerokich horyzontów muzycznych. Decydując się na punk rocka szukaliście najlepszego nośnika dla Waszego przekazu?

- Nasze granie wypływało z naszych osobowości. Nie będę wymyślał na siłę czegoś oryginalnego. Tamte czasy, poziom, na którym wówczas byliśmy, to, jak odbieraliśmy świat i z jaką desperacją chcieliśmy coś zmienić, coś powiedzieć... Punk rock to nie był środek wybrany przez nas. Niczego nie wybieraliśmy. To coś, co wtedy było najbliższe nam duchowo, a jednocześnie było dla nas najłatwiejsze. Muzyka jest takim samym sposobem wypowiedzi jak malarstwo. Każdy maluje tak, jak potrafi. My akurat namalowaliśmy taki obraz, użyliśmy takich barw... Podobały nam się zespoły punk rockowe, ale nie poprzestawaliśmy na nich. Wiele osób nie rozumiało, jak można słuchać kilku gatunków muzyki. Moskwa nie zamykała się w punk rocku i to automatycznie procentowało w naszych numerach.

- A jaki wpływ miały na Was hasła, które przyniosła ze sobą punkowa rewolucja?

- Punk rock nie narodził się w Polsce. My tylko to zasłyszeliśmy i w jakimś okresie swojego życia mocno się z tym utożsamiliśmy. Hasła? Ludzie w Polsce nie zrozumieli tych haseł. Dlatego punk wyglądał i wygląda tutaj właśnie tak. Ludzie nie za bardzo wiedzą, o co im chodzi. Błędnie, fałszywie odebrali pewne przesłanie. To zresztą szeroki temat... W latach 80. mało osób znało angielski. Kombinowało się raczej, jak tu głośnej zagrać i zaśpiewać to, co będzie podobało się innym. Kiedyś jakiś dziennikarz zapytał mnie, czy czuję się punkowcem? Odpowiedziałem, że bardziej czuję się kimś, kto akurat taki styl przyjął, ale nie identyfikuje się z nim do końca. Chodziło raczej o pewien sposób wypowiedzi, o pewien model manifestowania siebie. O jakim punku my zresztą mówimy? Miałeś inne włosy, inne ubrania niż reszta, to cię nie chcieli zaakceptować: "Nosisz długie włosy, to nie możesz być punkrockowcem, nie możesz być w naszym ruchu." Sam, kurczę, powiedz, czy oni cokolwiek zrozumieli? Zamiast totalnej negacji systemu sami punkowcy stwarzają własny system.

- Które wydarzenia w historii Moskwy były dla Ciebie najważniejsze?

- Oczywiście Jarocin 1984. To był moment, w którym naprawdę zaistnieliśmy na szeroką skalę. Dzięki tamtemu występowi mogliśmy wejść do studia i nagrać pierwsze kawałki, mogliśmy grać koncerty na wszystkich większych festiwalach. Dotarliśmy też dwa razy do Niemiec Zachodnich. Dla wewnętrznego życia zespołu najbardziej znaczące były częste zmiany muzyków. To było bardzo twórcze dla Moskwy. Może i powinno być tak, że zespół od początku do końca trzyma się w jednym składzie, ale Moskwa akurat nie była takim zespołem. I bardzo ważne było, że ludzie zmieniali się tak często, że z tyloma osobami miałem okazję pograć.

- Krążyły nawet anegdoty, że w Moskwie grało "pół Łodzi". Może byłeś kimś w rodzaju dyktatora? Gdy uznawałeś, że aktualny skład przestaje być twórczy, dziękowałeś za współpracę.

- Ja? Dyktatorem?... (śmiech). Zawsze było tak, że ja dbałem o przekaz. O to, czego dotyczą słowa, o czym chcemy ludziom mówić. Muzyka natomiast była wypadkową tego, co wnosili ludzie, którzy ją grali. Z jednym składem był taki klimat, z drugim inny... Nigdy nie mówiłem do muzyków: "słuchaj stary, nie grasz z nami". Ludzie zaczynali mieć własne sprawy. Ktoś wyjeżdżał, ktoś się żenił.

- A czy taka częstotliwość zmian nie wpływała negatywnie na ciągłość Waszej pracy?

- Zdecydowanie nie. Kapela cały czas żyła.

- Czy masz jakiś kontakt ze starymi "moskwiczanami"?

- To zależy z kim, bo jest ich wielu. Raczej nie utrzymuję stałych kontaktów, ale jeśli się spotkamy, zawsze jest o. k. Czasami razem pogramy i do widzenia. Każdy jedzie teraz swoim wagonikiem we własną stronę.

- Jak, po latach skomentowałbyś obie płyty Moskwy?

- Pamiętam, że najbardziej byliśmy zadowoleni z naszych pierwszych utworów, które powstały jeszcze przed płyta i były grane w Rozgłośni Harcerskiej. Podobała mi się również nasza pierwsza płyta. Zarówno muzyka, jak i teksty. To była wypadkowa działań moich i ekipy warszawskiej - Darka Malejonka i Gogo Szultza. Natomiast druga płyta po prostu zdarzyła się.

- Wiele osób uważa, że była robiona na siłę...

- Z pewnością bardziej chodziło o wykorzystanie okazji do jej nagrania niż o nasze chęci. Inna sprawa, że nie był to najbardziej pomyślny moment, jeśli chodzi o mnie. Przechodziłem właśnie okres znudzenia starymi wzorcami i dotychczasowym modelem życia. Szukałem czegoś nowego. Zostawiłem starą skórę nie mając jeszcze nowej. Ze dwa, trzy kawałki podobają mi się.

- Czy Twoje znudzenie muzyką to była jedyna przyczyna rozpadu Moskwy?

- Rozpadu? Myślę, że Moskwa umarła śmiercią naturalną. Zresztą bardzo ładną śmiercią. Po bardzo fajnych koncertach w Hagen. Mój umysł potrzebował innego działania. Już wtedy poszukiwałem, wędrowałem w głąb siebie. Zacząłem interesować się medytacją, inspirowało mnie życie duchowe i pociągał mnie już inny rodzaj muzyki. Muzyka łagodniejsza, naturalna, pełna rytmów natury i kosmosu.

- Czy były próby ciągnięcia zespołu już bez Ciebie?

- Mimo wszystko to ja zawiadywałem tym zespołem. Nie ma się co oszukiwać, Moskwa to byłem ja i taka świadomość istniała.

- Słynęliście z dosyć beztroskiego stylu życia. Narkotyki, alkohol... Czy rzeczywiście Moskwa pomagała sobie w ten sposób?

- Pomagała, pomagała. (śmiech).

- Pociąga Cię to jeszcze?

- Narkotyki są środkiem, po który sięgają ludzie nieszczęśliwi, szukający zapomnienia. Albo ci, którzy szukają inspiracji. Najczęściej kończy się tak, że nie potrafią ich sobie podawać. Pewnie powinienem powiedzieć: "nie bierzcie narkotyków", ale nie chcę się mądrzyć i nikogo pouczać. Leczyłem się w Monarze, wiem, co to jest i jak ciężko z tego wyjść. Ale np. gdybym nigdy nie zapalił trawy, to pewnie wielu rzeczy nie mógłbym zrozumieć. Po niektórych narkotykach miałem piękne doświadczenia... Nie uważam jednak, że jest to dobra droga. Jest przecież mnóstwo metod naturalnych, które mogą wywołać takie same doświadczenia - kontemplacja, medytacja w ruchu. Wtedy nie znałem tych sposobów, a one również potrafią sprawić, że człowiek odblokowuje się i może pięknie sobie radzić w życiu.

- Ale niszcząc jeden model życia, wszedłeś w nowy system...

- Wszedłem w swój system. Poczułem swój rytm. Poczułem własny system wewnętrzny. Punk przestał mnie dotyczyć, a ja przestałem być mu potrzebny. Punk nie jest naturalny wynika ze złości i gniewu. Jest wyrazem niepokoju i frustracji. Dzięki medytacjom moja frustracja zanikała. Przychodziło szczęście. Pojawiła się radość. Moje życie zaczęło być harmonijne. Odpadły te narośle, które gromadziły się na mnie przez lata. Odpadła również tamta muzyka. Moskwa to stary świat, który umarł.

- Nie nęciło Cię reaktywowanie zespołu?

- Nawet bardzo niedawno pojawiła się taka propozycja z zewnątrz. Żeby chociaż nagrać stare kawałki. Ale ta muzyka nie jest już moja. Nie czuję jej.

- Czy spróbowałbyś porównać zespoły punkowe z Twoich czasów z tymi grającymi obecnie?

- Wibracje są bardzo podobne. Może trochę pozmieniały się teksty. Słyszałem kapele, które zamiast o polityce śpiewają o sprawach duchowych i to mi się podoba. Nie róbmy z punka świętości, bo punk nigdy święty nie był.

- A czy młode zespoły są tak samo autentyczne? Zmieniły się warunki i często z ideałów zrobił się niezły biznes.

- Wtedy też był to biznes. Może na mniejszą skalę, ale mimo wszystko biznes.

- Czyli punk to tylko jeden ze sposobów zarabiania pieniędzy przez, powiedzmy, nie do końca profesjonalnych muzyków?

- Nieee. Muzyka to zaledwie dodatek. Punk to model życia.

- Jaki?

- Hmm... Punk to życie z dnia na dzień. Życie, w którym liczy się przede wszystkim olewka. Sam taki byłem. Zresztą, tak w ogóle to uważam, że punka nie ma.

- A ludzie utożsamiający się z hasłami "wolność myślenia", "no future"?

- Jaka wolność myślenia? Oni nie są wolni. To wielka bzdura. Są największymi pozerami na świecie, największą popeliną. Punkrockowcy są najbardziej modni. Mają najbardziej kolorowe fryzurki, najpiękniejsze kurtki i strasznie czyste buty. Hipokryzja. Mówią: "Jesteśmy inni niż społeczeństwo. Mamy własną kulturę". Ale ta kultura również pozwala na jedno, a nie pozwala na inne. Nie chcę krytykować tylko punka, bo takie są wszystkie subkultury. Po prostu punk znam najlepiej.

- Muzycy zespołów z tamtych lat w kombatanckim tonie wspominają swoje utarczki z cenzurą. Jak było z Wami?

- Mieliśmy parę takich dziwnych sytuacji, nic nadzwyczajnego. Nie chce mi się o tym mówić.

- W "moskiewskich" czasach grało wiele grup punkowych. Mówiło się nie tylko o fali punka, ale też o punkowej rodzinie...

- Na pewno istniała jakaś wspólnota. Bardziej zharmonizowane były jednak np. załogi rastamańskie. Oni mieli jedność duchową, w punku było coś bardziej "fizycznego", polegało to raczej na wspólnym piciu piwa niż na głębokich dyskusjach. Kiedy teraz spotykam ludzi z tamtego kręgu, czuję się z nimi związany. Niemniej, myślę, iż wszystkie takie ruchy to raczej stany przejściowe. Pozwalają człowiekowi manifestować jego niezadowolenie, jego inność, jego poszukiwanie własnej drogi. Później ludzie od tego odbijają. W zależności od tego, jak układa się ich los, albo wchodzą na własne ścieżki duchowe, albo zaczynają normalne systemowe życie. Niektórzy zostają takimi punkami do końca i najczęściej degenerują się.

- Twoja muzyka zawsze wychodziła poza schemat grania punkowego.
Czysty rock & roll, metal, reggae. Czy próbowałeś sił w jeszcze innych stylach?

- Powiem Ci, że np. heavy metal przewija się gdzieś tam we mnie do dzisiaj. I zupełnie nie wiem dlaczego, bo generalnie nie lubię takiej muzyki. Byłem w Indiach i jestem zachwycony muzyką medytacyjną. Chciałbym grać muzykę hinduską, śpiewać mantry. Lubię bawić się muzyką. Ona jest dla człowieka, a nie odwrotnie. I dlatego nie jestem przywiązany do żadnego gatunku.

- Mówi się o Twoim powrocie na scenę i o tym, że próbujesz odcinać kupony dawno przebrzmiałej sławy...

- I pewnie jeszcze przez jakiś czas będą mnie tak odbierać. Na pewno po części tak jest. Dużo daje mi fakt, że wielu ludzi mnie zna i dzięki temu mogę sobie pomóc. Ja się nie wstydzę tego, co robiłem. Było to szczere i jak na tamte czasy niezłe.

- Twój nowy projekt 5000 Lat ujawnił Twoją fascynację reggae...

- Reggae przewijało się już w Moskwie. Graliśmy na koncertach "No Woman, No Cry". Jeżeli miałbym śpiewać o czymś, co jest dla mnie ważne, to wybrałbym muzykę reggae. Ta muzyka jednoczy, jest naturalna, ma w sobie przyjaźń i miłość. Ja uważam, że takie jest prawdziwe życie - bez agresji, przemocy - po prostu wspaniałe. Reggae kręci nie tylko mnie, widzę, jaka jest atmosfera na koncertach. Muzyka i słowa naprawdę potrafią dać coś tym ludziom. Oni czują, dostają coś, co będzie z nimi i pomoże im iść dalej.

- Jaki jest dziś Paweł Gumola?

- Jest teraz przyjacielem. Tak czuję i staram się tę świadomość roztaczać wokół siebie. To jest dla mnie najważniejsze, aby w moim życiu rozsiewać ziarna zrozumienia z innymi. Paweł Gumola dzisiaj powiedziałby o sobie: "Jestem duszą". Duszą, która śpiewa, gra i podąża drogą duchowego rozwoju. I taka jest moja dzisiejsza rzeczywistość.

- Serdecznie dziękuję.

Rozmawiał Adaś Kowalczyk.

powrót do początku strony


:::e-mail::::dada.serpent.pl on terra soundtralis incognita::::