aktualnosci

 

Wiesław Królikowski, "Magazyn Muzyczny", 6/1989.

Moskwa: bez zobowiazan

Gdy umawialiśmy się telefonicznie na te rozmowę, od razu zapytał czy mam gablotę i czy przy okazji mógłbym go podrzucić z warszawskiego dworca do Izabelina, gdzie będzie nagrywać w studiu Puczyńskich. Zrobił to zupełnie naturalnie. Po prostu taki jest.

W "Hybrydach" przegadałem z nim przeszło godzinę. Życzliwi ostrzegali żeby nie brać dosłownie wszystkiego, co mówi. Ale nie zgrywał się, choć wyraźnie bawiło go, że prasa się nim interesuje. Później pozował ze swymi muzykami do zdjęć dla "Magazynu Muzycznego". Poszedł fotografować się tak jak wstał od stolika: rozczochrany, w skórzanej, rock'n'rollowej kurtce, z tlącym się papierosem w ręku, w ciemnych okularach. Tylko jeszcze nałożył i mocno nasunął na czoło czapkę z daszkiem. Trochę beatlesowską. Trochę andrusowską.

Jeśli ktoś nie wierzy w autentyzm polskiego rocka, to powinien poznać Pawła Gumolę. Guma ma 24 lata, ale ciągle pozostaje tym, kim był, gdy zakładał swój zespół Moskwa: przekornym chłopakiem z Łodzi, który nie widzi świata poza rockiem. Gdy pytam go o inne zainteresowania, mówi, że ma ich dużo. Później długo zastanawia się. W końcu wymienia rower, kino i dziewczyny. Potem znów cisza i z przepraszającym uśmiechem mówi: Ja chyba mam psychozę na punkcie muzyki, bo bez niej nie mogę żyć.

Dla rocka zrezygnował z nauki w technikum. Grał wtedy na gitarze w amatorskiej grupie Bad Blood. Rzeczywiście napsuł sobie krwi w tym zespole.. ciągle miał sprzeczki z pozostałymi muzykami. A to - ich zdaniem - grał zbyt punkowo, a to zbyt metalowo. Zawsze chciałem grać szybkie numery - opowiada mi. Któregoś dnia szybko podjął decyzję. Wyszedł wściekły z próby i po drodze do domu postanowił, że założy własną grupę. Taką, z która będzie grał i śpiewał to, co mu naprawdę odpowiada.

W ten sposób w Łodzi pojawiła się Moskwa. Guma bez zająknienia określa, kiedy to było: jakby nie miał wątpliwości, że wydarzyło się coś bardzo ważnego dla wszystkich. We wrześniu 1983 r. powstała kapelka - mówi.

Było ich wtedy trzech, dobrał sobie basistę i perkusistę. Przez jakiś czas próbowali w czwórkę z wokalista. I trwała ich tułaczka po łódzkich klubach. Wcześniej czy później z każdego ich wyrzucano. Zdaniem Gumy - nie byli temu winni. Wszystko to nabrało jednak pewnego sensu, gdy w 1984 r. (znów jako trio) znaleźli się wśród zespołów wyróżnionych na jarocińskim festiwalu.

Pierwszy raz usłyszałem Moskwę podczas poznańskiej "Rock Areny" w 1985 r. Grupa została wówczas zapowiedziana jako M-kwa. I następnie przez dość długi okres pojawiała się na antenie i na estradach (inna sprawa, że rzadko) pod tą dziwaczną, skrócona nazwą. Zadziała cenzura, a może autocenzura radiowców i organizatorów imprez? Niektórzy bali się mówić Moskwa. Inni nie chcieli - komentuje dziś Gumola. Lecz temat najwyraźniej go nie wciąga. Podobno niezbyt się interesował tym wszystkim. Nawet jakoś nie może obie przypomnieć, kto mu doradzał zmianę nazwy. Może to dowód, że jednak wydoroślał przez te lata...

Za to chętnie opowiada, dlaczego tak właśnie nazwał swój zespół. Kiedyś pojechał do Wrocławia i tam miał okazję posłuchać płyty grupy Berlin. Bardziej niż muzyka spodobało mu się, że zespół może się tak nazywać. Jak zakładałem kapelę - wyjaśnia - to chciałem ją nazwać Moskwa albo Tokio. I pomyślałem sobie, że jeśli do muzyki o punkowym klimacie i ostrych, czasami nawet politycznych tekstach dodać nazwę Moskwa - to będzie bardzo mocne zestawienie. I stało się dla mnie jasne, iż tak już musi zostać.

Koncerty Moskwy przyciągają publiczność punkową i metalową. Gumola mówi mi, że wszystkich słuchaczy traktuje jednakowo; że odsuwa się od punku i heavy metalu jako pewnych ideologii; że jest mu obojętne jak zakwalifikować muzykę jego grupy.

Można przyjąć, że Moskwa grała z początku czysty punk, hardcore. Później po swojemu zrobiła się postpunkowa. Z jednej strony bliska metalu, z drugiej - rockowego środowiska. Ostatnio, w czteroosobowym składzie (dochodzi drugi gitarzysta lub "harmonijkarz") gra coraz bardziej urozmaicony repertuar i coraz wyraźniej odwołuje się wprost do rockowej tradycji. Jest w tym coś z ducha The Clash. Nie przypadkiem Guma pokazuje się w żółtej koszulce z takim właśnie napisem.

Ściślej biorąc, były to różne Moskwy. Skład zespołu zmieniał się często. Stał się właściwie płynny. Gdy Moskwa zbiera się na koncert albo na nagrania - wiadomo jedynie, że będzie to Gumola z przyjaciółmi.

Zawsze uważałem, że wszyscy muzycy powinni coś wnosić od siebie - zwierza się. - Ja sam robię dużo utworów i piszę wszystkie teksty. Ale gdy zmieniał się skład to muzyka Moskwy też się troszeczkę zmieniała. Uważam, że jeśli w grupie ma być dobrze, to jej muzyka musi być jakąś wypadkową charakterów. Pewnie byłoby lepiej gdyby Moskwa cały czas miała ten sam skład. Może teraz robilibyśmy co innego, ale na pewno zaszlibyśmy już dalej...

Zaraz jednak dodaje, że nie chce iść przez rock jakąś jasno określoną drogą. Chce iść do przodu, lecz bez zobowiązań. Bez zobowiązań kontynuowania czegokolwiek.

Chce robić to, na co ma akurat ochotę.

Już same tytuły piosenek pozwalają się zorientować, co to za twórczość. "Powietrza", "Ja", "Materialny syf", "Nie okłamiesz prawd", "Kochać chcesz". Teksty Gumy są zazwyczaj punkowo proste i hasłowe, ale raczej trudno doszukać się w nich punkowego nihilizmu. Ma swa poze buntownika i ma swój pozytywny program: Wielu ludzi przejmuje się zupełnie nieważnymi sprawami i żyje w trudnych warunkach. Jednak jak zaśpiewam "urodziłeś się by żyć i wolnym być", to taki facet łapie haj, choćby na pięć minut...Guma z estrady poucza, doradza. "Nie uciekaj, nie bój się, inni kłamią, a ty nie". Albo: "Uciekałeś cały czas od tego co w sobie masz".

Trochę znudziło mi się już pisać z pozycji wszechwiedzącego - przyznaje. - Czasami tak sobie myślę, że może ja też nie wiem, jak naprawdę jest?

Mówi, że  nigdy nie wie jaki mu tekst wyjdzie. Wszystko zależy od nastroju. Jednego dnia może napisać coś punkowego, a następnego pisze mu się lirycznie, jakby poetycko. Te liryczne teksty podobają mu się ostatnio bardziej. Jego kumple z Łodzi mają na ten temat odmienne zdanie. A fani Moskwy wiwatują gdy w to, co śpiewa, wplecie jakieś przekleństwo.

Gumola doczekał się w końcu własnej płyty. Z nazwą zespołu w pełnym brzmieniu i z czerwona gwiazdą na okładce. Longplay wyszedł na początku tego roku, w 20-tysięcznym nakładzie i błyskawicznie zniknął ze sklepów.

Z żelaznego repertuaru Moskwy trafiły na płytę tylko dwa utwory: "Powietrza" i "Nigdy!". Guma ma proste wyjaśnienie: nie bawiło go nagrywanie staroci. No i pierwsza płyta Moskwy powinna powstać dawno temu, gdy zrobiło się o nich głośno. Wyraźnie słychać żal w jego głosie.

Niedawno na łamach "Na przełaj", ponarzekał sobie potężnie: że nie ma pieniędzy, że rozstał się z żoną i kilkuletnim synem, że musi grać na marnej aparaturze. Teraz mówi mi, że takie użalanie się źle wychodzi w druku. Najważniejsze, że gra dalej.

Naprawdę żyje rockowo, nie oszukuje. A to bywa równie zabawne, co niebezpieczne. W zeszłym roku miał wyrwę w swym muzycznym życiorysie: leczył się w Monarze dwa miesiące. Podobno mu pomogło. Powiedziałem sobie - żadnych dragów, żadnej gorzałki. Tylko piwko - podsumowuje.

A po koncercie w Nowej Hucie mówiłeś, że z piwkiem też koniec - wtrąca perkusista Moskwy, Student, który od pewnego momentu przysłuchuje się naszej rozmowie.

Rozmawiamy jeszcze o zespołach, które lubi. Zastrzega się, że miałby kłopot z wymienieniem wszystkich na poczekaniu. Zaczyna od Guns'N'Roses, Ramones i Lords Of The New Church... To, że lubię słuchać jakiejś grupy, wcale nie znaczy, że chciałbym tak grać - dodaje. Dowiaduję się, że czasem słucha Pink Floyd i J.J. Cale'a, bo mu to pomaga przy pisaniu tekstów. Nie ma uprzedzeń do żadnej muzyki, jeśli jest dobrze grana. Ostatnio nawet wciągnęło go country.

O polskim rocku niewiele ma do powiedzenia. Raczej prawdziwy brak zainteresowania, niż dyplomacja. Natomiast chętnie dzieli się wrażeniami z niedawnej trasy koncertowej po Pomorzu, w której Moskwa wzięła udział jako jedna z kilku grup. Mówi: Mnie się wydaje, że ludzie już chcą od naszych zespołów muzyki, która będzie profesjonalnie zagrana. Już nie wystarczają same pomysły...

I mówi mi, jak widzi siebie samego: Ja to jestem taki koleś, który sobie gra, frykuje. Jestem taki trochę niezależny. Na tym to wszystko polega.

Właśnie.

Skład z ostatniej chwili: Guma - gitara, śpiew, Leszek Sokołowski - gitara, Piotr 'Dyda' Czyszanowski - gitara basowa, Student - perkusja.

Wiesław Królikowski.

powrót do początku strony


:::e-mail::::dada.serpent.pl on terra soundtralis incognita::::