aktualnosci

 

O tym jak Guma trafił do punk rocka, jak został vocalistą, o dwunazwie zespołu, filmowej karierze Moskwiczan, historii pewnej gitary, rejsie łódką po królewskich łazienkach i wielu, wielu innych ciekawych historiach, dowiesz się z ekskluzywnego wywiadu-rzeki jaki udzielił  naszej stronie - Paweł 'Guma' Gumola.

Rozmiar: 13462 bajtów

- Przede wszystkim gratuluję udanego występu. Było czadowo, tak, jak przed laty.

- Fajnie, że w ogóle tylu ludzi przyszło. Cieszę się, że tylu młodych ludzi się zjawiło, którzy znają teksty i śpiewają z nami takie stare kawałki jak "Co dzień', czy "Powietrza" - i bardzo fajnie. Cieszę się również, że tym starym, którzy przyszli, też podobały się nasze nowe i stare numery. A my czujemy po prostu fajną jazdę.

- Zagraliście koncert bardzo przekrojowy, było sporo numerów z pierwszego okresu działalności zespołu i tych późniejszych. Ogólnie jednak czuć było dzisiaj duży power.

- W sumie powiem ci tak szczerze, że czuję się naprawdę dosyć sam w dużym znaku zapytania. Kiedy gramy siódmy, ósmy numer taki bardzo szybki, myślę sobie - kurczę jak ci ludzie wytrzymują takie szybkie numery. Ciekawy jestem wtedy czy oni jeszcze wytrzymają cztery następne? No i wiesz pojawia się nagle reggae, które jest takim wolnym odpoczynkiem. To co Moskwa kiedyś, w 1984 roku miała - to sam czad i było to bardzo fajne. A teraz ja przeszedłem jakąś różną drogę, spotkałem różnych muzyków na swojej drodze, którzy mnie bardzo zainspirowali i gdzieś tam wplatamy teraz to reggae, roots, itd. Myślę że Moskwa teraz ma taki fajny dopalacz duchowy dlatego, że teksty gdzieś tam orbitują, wiesz na zasadzie moich doświadczeń duchowych, inspiracji duchem, wiarą i siłą, którą gdzieś tam czujemy - z wszechświata, od Boga. Moskwa dzisiejsza jest w pewnym sensie i ziemska bardzo, zahaczająca o dolne partie naszego istnienia czyli byt, przetrwanie, a jednocześnie oparta jest o wyższy wymiar czyli przede wszystkim - prawdziwe wartości człowieka, duchowość, ideały, no i transcendencję.

- Zaczęliście dzisiaj granie od numeru "Nigdy!", chyba się nie pomylę, jak powiem , że poczynając od "FMR Jarocin'86", ten numer otwiera wasze występy?

- To, że zaczynamy od "Nigdy!" to akurat jest tak, że on się zrobił takim sztandarowym numerem i akurat tak nam to pasuje. Nie jest to jednak wykładnik, że zawsze będziemy nim zaczynać.

- O'k. Po wstępie przejdźmy teraz do głównego tematu naszej rozmowy, tj. do historii. Zespół Moskwa założony został w najgorętszym okresie historii polskiego punk rocka. W każdym najmniejszym miejscu kraju obowiązkowo istnieć musiała choćby jedna kapela o rebelianckim, punkowym charakterze. Istniał określony schemat w ubieraniu się itd.  Jak wspominasz ten gorący okres?

- Tak naprawdę w punk rock wszedłem w taki dziwny sposób - pamiętam że miałem oddać adapter, nie magnetofon - do naprawy. I oddałem ten magnetofon do naprawy. Wyznaczono mi termin i datę kiedy mam odebrać ten magnetofon. Poszedłem go odebrać i okazało się, że facet bezczelnie powiedział mi, że jeszcze go nie zrobili. Tak się wkurzyłem, a byłem wtedy młody koleś, że poszedłem do chaty i mówię - kurdę jaki jestem wkurzony, mam fajne nagrania i chciałem ich posłuchać. I pamiętam, że wtedy miałem jakiś adapter i puściłem sobie płytę - składankę punkową z UK Subs i jeszcze innymi kapelami - i wtedy ta muzyka po prostu rozładowała moją złość i dała temu ujście. To była niezła transformacja i wtedy wszedłem w temat mocniej. A to, że tam kurtki, ćwieki itd., to była sprawa jakby wiesz, może nie próżności, ale prowokacji tej całej społeczności, która koło nas żyła i pozwala sobie na inność. Więc ja lubiłem prowokować troszeczkę. Ale dla mnie zawsze główną siłą było wypowiadanie swoich tekstów w muzyce i niekomercyjna muzyka. Kiedy w Jarocinie zaprezentowaliśmy swoją  muzykę stało się dla mnie jasne, że ten styl wypowiedzi akurat na ten czas jest dla mnie naturalny zupełnie.

- Moskwa od samego początku należała do najbardziej oryginalnych i sprawnych zespołów, głównie za sprawą ostrej i dynamicznej muzyki. Skąd czerpaliście inspirację do robienia tej rewelacyjnej muzyki, czy tylko z twórczości G.B.H. czy Discharge?

- Ja wtedy po prostu słuchałem takiej muzyki i to było coś co mi się wtedy najbardziej podobało.

- Czy takie samo brzmienie i energię miały Twoje wcześniejsze zespoły - TNT i Bad Blood?

- Nie, nie, nie. Ja w Detonatorze i TNT grałem taką muzykę, która była bardziej rockowa i nie miałem na nią wielkiego wpływu ponieważ ja tam nie komponowałem większości utworów. Byłem gitarzystą. A to co się potem działo, to było coś takiego, że w pewnym momencie, gdzieś tam na próbie była wymiana poglądów i okazało się, że nie we wszystkim się zgadzamy; po czym ja rozstałem się z tym zespołem i wtedy pomyślałem sobie, że będę grał taką muzykę jaką chcę naprawdę grać i że to będzie muzyka szybka. W Detonatorze czy TNT poszło o to,  że ja chciałem grać szybkie kawałki, a oni nie chcieli grać szybkich kawałków. Wtedy, kiedy  odszedłem od kapeli  pomyślałem sobie, że wreszcie jestem wolny i zrobię kapelę, i będę grał taką muzykę jaką chcę i będę grał szybkie  numery. Banalne ale tak było...

- Dla ścisłości - wymień wszystkie zespoły, w których grałeś przed Moskwą?

- Tak naprawdę Bad Blood to była pierwsza nazwa Potem Bad Blood zmieniła nazwę na TNT, a potem TNT zmieniło nazwę na Detonator. Czyli była to jedna kapela, która zmieniała nazwy.

- W początkowym okresie działalności grupy 'obsługiwałeś' tylko gitarę. Dlaczego zdecydowałeś się, w pewnym momencie również na 'obsługę' mikrofonu?

- To było, kurczę też dość zabawne, dlatego, że był na początku jeden vocalista, który potem wyjechał do Francji. Zastąpił go następny vocalista, który był takim rootsowym wtedy punkowcem. No i ten punkowiec w pewnym momencie poczuł, że nie chce tego dalej ciągnąć - do dzisiaj dokładnie nie wiem dlaczego. I wtedy zostaliśmy bez vocalisty. Był wtedy nasz menadżer Jacek, który chodził ze mną do jednej klasy w szkole średniej i powiedział mi po lekcjach - Guma znalazłem vocalistę. Ja mówię - tak, zajebiście kto to?, a on mówi - to ty, ja mówię - stary nie, to może ty, a on mówi - nie, wiem że to ty. Ja wtedy śpiewałem chórki w Moskwie on słyszał jak je śpiewam; i mówi - radzisz sobie nieźle, spróbuj. On mówi dalej - pękasz?, ja mówię - nie pękam, mogę spróbować. No i pamiętam, że pierwszy koncert zagrałem w Gdańskim klubie "Akwen" i zrobiłem to na zupełnym luzie. Pamiętam, że kolesie w tym klubie kibicowali takiemu klubowi - "Lechia Gdańsk", i po tym koncercie podeszli do nas i powiedzieli tak - słuchajcie kurczę, w ogóle wyglądaliście na grzecznych chłopców ale zagraliście taki wyczad, że nam, no po prostu... pełny szacuneczek. To był mój pierwszy koncert i to mnie tak bardzo fajnie podkręciło, że poleciałem w to śpiewanie zupełnie bez problemów.

- Największy sukces odnieśliście na "FMR Jarocin'84" - publiczność festiwalowa wywalała z wrażenia oczy na wierzch, Ty sam mówiłeś, że krewkim, pogującym puncorom kondycji ledwie starczało na góra pięć pierwszych utworów, potem już tylko pozostały pootwierane z niedowierzania buzie? Troszkę podobnie próbowała grać Prowokacja z Ostrowa Wielkopolskiego. Opowiedz o tym wydarzeniu.

- Dokładnie tak jak mówisz, tak było. Ja pamiętam zespół Prowokacja i pamiętam, że oni grali taką muzykę jakby buntowniczą, myślę, że nasza muzyka była troszeczkę inna, ale to już na marginesie. Ja myślę, że wtedy były zupełnie inne czasy i polegało to przede wszystkim na tym, że mieliśmy tyle ekspresji, tyle w sobie jakby chęci wypowiedzenia czegoś. Wtedy w radiu, telewizji nie było dostępu do tylu rodzajów muzyki i to było takim antidotum dla ludzi, którzy w ogóle słuchali muzyki. Więc cokolwiek byśmy nie zagrali, to było od razu zjadane, wciągane, akceptowane. Poza tym rok 1984, to był rok punka. Naprawdę w Polsce, ten punk był nagłaśniany i miał jakby zielone światło. Myślę, że nie było to przypadkiem, dlatego, że czas był w Polsce odpowiedni dla tego typu wydarzeń socjologicznie patrząc na tą sytuację. Po prostu akurat ta energia punkowa miała coś do zrobienia, ale podchodząc do całości muzyki - patrzę na to z takiego punktu widzenia, że każdy czas ma swoją jakby specjalność i wtedy akurat te słowa, dzięki tej muzyce mogły najbardziej przemówić do ludzi. I takie było zapotrzebowanie. To nie znaczy, że punk jest aktualny i będzie aktualny zawsze bo muzyka zmienia zawsze formę. Wydaje mi się, że Moskwa, która będzie istniała teraz, będzie nawiązywała na pewno w przyszłości, czy na jakiejś płycie, którą może uda nam się nagrać, a myślę, że się uda - do takich aranżacji technicznych z wykorzystaniem komputerów i duchem czasów, który idzie.

- 17 maja 1985 r. otwieraliście poznańską "Rock Arenę'85. Na oficjalnym plakacie pojawiła się 'nowa' nazwa zespołu - M. kwa. Opowiedz o co tak naprawdę chodziło - czy rzeczywiście doświadczyliście ingerencji cenzury? Z tego co mi wiadomo, to Twój zespół zawsze grał pod swoją nazwą?

- Tak naprawdę było to tak, że w pewnym momencie cenzura zaczęła ostro działać w Polsce. Zadzwonili do nas z radio i zapytali się czy my się zgadzamy - bo wtedy nasze utwory były na harcerskiej liście przebojów - na to żeby używać nazwy M-kwa, dlatego że po prostu nie mają pozwolenia czy też boją się używać normalnej nazwy Moskwa. No i my im wtedy powiedzieliśmy, że się na to nie zgadzamy. Mimo tego, że my się nie zgodziliśmy, oni nie zdjęli z anteny naszych kawałków i zaczęli puszczać utwory pod nazwą M-kwa. I tak się też stało na paru koncertach. To był taki czas i my nie mieliśmy nic do powiedzenia. Zresztą, wiesz - my wtedy myśleliśmy tylko o graniu i spotykaliśmy się od razu, na gorąco z tym, że ktoś nas nazywa M-kwa nie Moskwa. Ale wiedzieliśmy, że na koncercie wszyscy ludzie wiedzą, że jesteśmy Moskwa, i tak naprawdę nam to wisiało.

- Chwilę jeszcze zatrzymamy się przy "Rock Arenie". Na tym samym festiwalu pojawił się menadżer Pan Mietek, ojciec któregoś z członków zespołu - kto to był?

- Tak, to był konkretnie mój ojciec.

- A właśnie, chodziły po Polsce w tym czasie takie ploty, że Twój ojciec pracuje w prasie i dla tej prasy jest niewygodny, z racji swoich opozycyjnych poglądów. Ile w tym prawdy?

- Mój ojciec nie był nigdy jakimś problemem dla cenzury. On się zajmował rzeczami, które były związane z problemami pracowników włókiennictwa. Pracował w gazecie "Nasze Życie", pisał też do "Dziennika Łódzkiego", do "Głosu Robotniczego". Miał dużo do czynienia z różnymi placówkami kulturalnymi. Jak ja zacząłem grać, to  jego to bardzo zainteresowało i pociągnęło wręcz.

- Ale Twój ojciec nie był waszym pierwszym menadżerem?

- Nie, nie, nie. Pierwszym menadżerem był Jacek, kolega ze szkoły. Potem, kiedy zaczęliśmy grać "Rock Areny", itd., to mój ojciec jakby się w to włączył na zasadzie takiej, że z ciekawości poznał się z Walterem Chełstowskim, który robił Jarocin. Walter zdaje się zaproponował mu, żeby zrobił coś na kształt koncertu w Łodzi. Mój stary znając różnych ludzi po prostu socjologicznie podszedł do sytuacji. Potem siłą rzeczy gdzieś tam pojechał na parę koncertów, ale potem, wiesz - ja byłem młodym kolesiem, więc niestety - dałem tacie wypowiedzenie, jako menadżerowi. I staliśmy się niezależni. (śmiech...).

- Czym wytłumaczyć fakt, że zespół dopiero na początku 1989 r. doczekał się swojego pierwszego wydawnictwa winylowego w sprzedaży w sklepach muzycznych? Nie było was ani na "Fali" czy "Jak punk to punk". Nie macie też żadnego singla. A mieliście choćby przecież doskonałe cztery utwory nagrane w Radiu Łódź - nikt się nimi nie interesował?

- Chcieliśmy żeby, gdzieś, ktoś tam nam to wydał, ale wiesz my tak naprawdę cieszyliśmy się, że gramy. Było to dla nas fajne wystąpić na jakimś wielkim koncercie, był to dla nas po prostu total czad, że w ogóle na takich, kurczę, koncertach gramy. I wiesz, nagraliśmy kawałki, to fajnie, gdzieś tam na demo to poszło, ktoś tam w radiu - 'harcerce' - puszczał, i to było dla nas w ogóle wszystko. Ja potem o tym jakby zupełnie zapomniałem, dlatego że w pewnym momencie wyprowadziłem się do Warszawy.

- A właśnie, w którym momencie wyprowadzałeś się do Warszawy?

- Pamiętam, że na którejś Famie poznałem Darka Malejonka. Potem nasza znajomość przerodziła się w przyjaźń. Wiesz mocno się kumplowaliśmy, byliśmy friendami. Potem zaproponowałem Darkowi, żeby grał na basie w Moskwie, a potem znaleźliśmy Goga. W tym momencie pojawiły się propozycję ponieważ znalazł się Rysiek  Burdyna, który zajął się tym żeby wydać pierwszą płytę Moskwy, no i zaczęło się wszystko kręcić.

- Twoja przygoda z filmem rozpoczęła się na "FMR Jarocin'85" - sporo waszych nagrań oraz zdjęć zostało wykorzystanych w filmie Piotra Łazarkiewicza pt. "Fala".

- Łazarkiewicz jest fajnym gościem, lubię go ale wszyscy filmowcy są z jednej kurczę beczki. Jest cos takiego i mówię ku przestrodze wszystkich, którzy będą mieli do czynienia z filmem - dopóki kręcą film, to jesteś im potrzebny oni będą o ciebie dbali, chuchali a jak się kończy produkcja, już jest po zdjęciach w ogóle mają cię w dupie. (śmiech) Niestety.

- Pamiętasz, w którym momencie odeszli Rogoz i Pałker?

- To była taka sytuacja, że z tej kapeli zawsze odchodzili ludzie zawsze z takich samych powodów. Tak naprawdę prozaicznych. Albo się któryś zakochiwał i miał dziewczynę; w pewnym momencie ta dziewczyna mu powiedziała, że chce się z nim żenić i koleś po prostu wymiękał i wiesz w ogóle szedł w odstawkę. Albo któryś miał jakieś totalne studia, albo pracę, nie wiem co. Dla mnie to było w ogóle nie do pomyślenia - mówię Rogoz, stary, kurdę gdzie ty chcesz odchodzić w ogóle? Taka zajebista akcja wtedy tyle koncertów graliśmy, a on wtedy się zakochał, ożenił i w ogóle. Mówię stary jak chcesz to trudno no nie, i wtedy Balon się pojawił A potem odszedł Pałker nie pamiętam już nawet z jakich powodów, ale chyba za Rogozem gdzieś tam poszedł. Potem pojawił się Wózek. Graliśmy z Wózkiem jakiś czas. Jarocin zagraliśmy w tym składzie, potem zagraliśmy Róbrege, a potem w pewnym momencie taka sytuacja była, że ten skład się nam troszeczkę rozleciał i ja zacząłem mieszkać w Warszawie. Nie miałem składu przez miesiąc, dwa. Pamiętam, że Balon jakoś odszedł z zespołu bo powiedział, że chce realizować własne pomysły, że ma jeszcze inne pomysły do zrealizowania, mówię stary spoko. I wiesz pojawił się Maleo. Ja zadzwoniłem, wykonałem telefon do Malejonka, szybka akcja - Maleo, grasz?, Maleo - spoko, gram. No i zaczęliśmy grać koncerty z Wózkiem. Potem ja już coraz częściej byłem w Warszawie a Wózek nie mógł tam dojeżdżać, no i poznaliśmy się z Gogiem. Była to sytuacja zupełnie naturalna - Gogo dołączył do kapeli.Graliśmy dużo koncertów - ja, Gogo, Malejonek, to był trzon zespołu przez długi okres czasu.

- Do tej historii jeszcze powrócimy. Zanim, jednak pojawili się Maleo i Gogo odbył się kolejny "FMR Jarocin'86" - tam grałeś z Balonem i Wózkiem. Twoja osoba zdominowała kręcony tam dla BBC film Andrzeja Kostenki - "Moja Krew, Twoja Krew"?

- Wiesz to była fajna historia, dlatego, że akurat cała ekipa BBC była zakwaterowana w takim pałacyku, niedaleko stadionu. A my - też jakoś nas tam zakwaterowali w tym pałacyku, bo nie mieli już nas gdzie upchnąć i dali nas do tego pałacyku. I w pewnym momencie ja schodzę na dół, a tam cała ekipa BBC jadła kolację. Ja usiadłem koło tego Andrzeja, i mówię - Cześć, słuchaj stary, mieszkamy w jednym hotelu, my tutaj gramy, nazywamy się Moskwa., no i zaczęliśmy rozmawiać. On mnie pytał co ja w życiu robię i w ogóle. Ja zacząłem mu opowiadać historię swojego życia i on po prostu uznał, że to jest temat na film w ogóle, przed tym zanim zaczął kręcić ten film. Mówi - słuchaj stary, ten film będzie o tym, że ty opowiadasz historię swojego życia i będziesz głównym bohaterem. Znaczy nie powiedział mi nawet tego ale chciał żebym mu to opowiedział. Ja mu to wszystko opowiedziałem i on mnie przeplótł przez ten film, a potem się okazało, że stałem się głównym bohaterem tego filmu.

- A akcja z samochodem?

- To była taka akcja, że ja siedzę na stadionie i przyszło mi do głowy, z głupia frant, jak oni mówili - powtórz to jeszcze raz, ja powtarzam tą kwestię jeszcze raz, a oni - powtórz jeszcze raz, klaps i trzeci raz powtarzają. Aż w końcu się wkurzyłem i mówię - My name is Paul, będę mówił po polsku i będą mówił dalej jak mi dacie samochód... oni przerwali zdjęcia i mówią, kurdę słuchaj Andrzej, do tego Kostenki, że chcę samochód, a Andrzej mówi - co chce samochód? - super pomysł, w ogóle, dajemy mu samochód to będzie super akcja. Ja na początku chciałem policyjny samochód, ale to był jeszcze ten komunizm w ogóle. Oni chcieli mi dać, rozmawiali z gliniarzami ale gliniarze się nie zgodzili i w ogóle bali się, noto dali mi samochód ekipy BBC. Ja sobie jeździłem tym samochodem, a w ogóle nie umiałem kierować. Stary to był odlot, wiesz.

- Nie miałeś prawa jazdy?

- Nie miałem, w ogóle nic.

- Ale Ci nieźle szło, co widać na filmie. Dawałeś nieźle po hantlach...

- No tak, tak, tak. To zabawa była, niezła zabawa.

- Półtora miesiąca później na "Grand Festiwalu Róbrege'86" otrzymujesz od 'kolegów jazzmanów' gitarkę - 'Kosmosa' za najbardziej odjazdowego muzyka występującego na ówczesnym Jarocinie...

- To nie był 'Kosmos', to była japońska podróbka 'Gibsona' - kupili ją w "Pewexie". To była taka sytuacja, że akurat PSJ - Polskie Stowarzyszenie Jazzowe w Warszawie miało jakąś dotację, na dofinansowanie muzyków. I oni po prostu chcieli te pieniądze przeznaczyć - a byli to fajni goście - dla młodych kapel. Myśleli komu tu coś kupić. Weszli do "Hybryd", gdzieś tam jeszcze. Pamiętam, że była taka akcja, że ktoś w "Hybrydach" powiedział - słuchaj Guma, kurczę nie ma dobrej gitary, kupcie Gumie gitarę. W końcu dali dwie nagrody mnie i jeszcze komuś, ale nie wiem komu, chyba klawisz jakiś kupili komuś. Uznali, kurczę, że fajnie dać Gumie gitarę i pomyśleli, że byłem najbardziej odlotowym gitarzystą w Jarocinie. Ja wymiękłem trochę, dali mi gitarę, super się ucieszyłem no i grałem jakiś czas na niej. W końcu po jakiś latach wymieniłem ją dając ogłoszenie do gazety, że zamienię gitarę na rower bo potrzebowałem. I wymieniłem ją na rower górski. Taka jest prozaiczna historia tej gitary.

- Super! Po tych wydarzeniach nastąpiły zmiany personalne i przeniosłeś się do Warszawy, o czym była  już dwukrotnie mowa. Opowiedz trochę szerzej o Twoim pobycie w Warszawie.

- Znałem się z Malejonkiem i byliśmy friendami wtedy. Mieliśmy różne akcje ciekawe, wiesz, chodziliśmy wieczorem po mostach jakiś warszawskich niedokończonych, które były w budowie. Gdzieś tam pamiętam, że kiedyś poszliśmy do parku w Łazienkach i ukradliśmy jakąś łódkę i wypłynęliśmy na środek jeziora i gonił nas jakiś pracownik parku. Wiesz wariowaliśmy, byliśmy młodymi kolesiami. W końcu postanowiliśmy razem grać. Potem znalazł się Gogo Schultz - była to po prostu naturalna cała akcja. Tak się znalazłem w Warszawie. Po prostu. Poznałem ludzi z różnych kapel. Graliśmy w "Hybrydach" próby, tam poznałem Roberta Brylewskiego, Zygzaka z Xenny, poznałem chłopaków z Dezertera. No i chcąc nie chcąc, będąc w Warszawie byłem jednym z nich. Życie płynęło i się toczyło jak rzeka, a ja razem podążałem z tą rzeką, wiesz - taki był czas.

- W 1987 r. pojawiła się propozycja zagrania w filmie Wiesława Helaka "Opowieść Harleya" - jak doszło do współpracy?

- To było kręcone gdzieś nad zalewem sulejowskim i była to super akcja, ponieważ nasz menadżer - Darek Struszczak pracował wtedy w Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi i był kierownikiem produkcji w tym filmie. Wtedy akurat pamiętam, że ten reżyser potrzebował kapelę na plan filmowy i Darek Struszczak powiedział - słuchaj stary możecie zagrać. Ja mówię - dobra. I mówi jeszcze, że reżyser potrzebuje punkową publikę - macie od filmu cały autobus, zadzwoń po wszystkich kumpli-undergroundowców i ilu wejdzie do tego autobusu ludzi, to jedziecie tym autobusem na plan i gracie tam. Ja pamiętam, że wykonałem parę telefonów do ludzi, mówiąc że jest taka akcja. Zebrała się, słuchaj cała ekipa takich ludzi. Pojechaliśmy w tym autobusie napchanym punkowcami. Była to zajebista zabawa. Wysiedliśmy na planie, był koncert nad zalewem sulejowskim, rozpaliliśmy ogniska, dali nam jakieś role do grania i wszyscy w sumie mieliśmy dzięki temu filmowi fajny piknik. I tak potraktowaliśmy tą sytuację. My zagraliśmy na scenie potem tym autobusem całym rozbawionym wróciliśmy do Łodzi. To była historia filmu "Opowieści Harleya".

- Ostatni film, w którym występujesz nosi tytuł "Więcej bluesa" - właściwie niewiele wiadomo o tym obrazie. Kto robił ten film i czy kiedykolwiek odbyła się projekcja tego filmu?

- Słuchaj to Łazarkiewicz robił ten film. On zgłosił się do nas z propozycją zagrania w tym filmie. Ten film poszedł na festiwal filmów krótkometrażowych czy etiud jakiś w Stanach. Był tam wyświetlany, a potem kopie tego filmu poszły gdzieś na inne festiwale i on był pokazywany na świecie. W Polsce pokazany był chyba tylko raz w jakimś programie młodzieżowym, w którym pokazywały się kapele, nazwy nie pamiętam i tam odbyła się projekcja tego filmu - "Więcej bluesa". W Polsce nie było chyba gdzie pokazać tego filmu. Może dwa razy gdzieś na jakiś festiwalach był pokazany, ale ogólnie to nie było go nigdzie.

- Czy możesz przybliżyć fabułę i wasz udział w tym obrazie? Granie dla ukrześlonych więźniów musiało być niezłym przeżyciem.

- Tak, oni nie mogli nawet wstać. Mieli zabronione. Klawisze stali przy więźniach i nie wolno im było wstać. My graliśmy tam po prostu czad, oni podeszli do nas po koncercie i powiedzieli, że w ogóle szok, że taka kapela przyjechała. To był odjaz! Ale cały film przede wszystkim miał przesłanie zawarte w pytaniu - Gdzie naprawdę jest więzienie? Czy tym więzieniem jest więzienie fizyczne gdzie ludzie są trzymani w pokoikach malutkich, za kratami w budynku? Czy więzienie jest na zewnątrz? Może ten system jest więzieniem, może on nie pozwala na pełną wolność dla człowieka. I to było takie porównanie. I tego więzienia gdzieś tam w budynku i tego, które jest na świecie, ponieważ system był zupełnie inny wtedy.

- No właśnie a'propos spraw politycznych. Czy byliście w tamtym okresie kapelą polityczną, czy raczej ogólnie antysystemową i rebeliancką? A może liczyła się tylko muzyka?

- Wiesz rebelia to zawsze jest mi bliskie słowo dlatego, że rebelię kojarzę jak rebelianci w "Wojnach gwiezdnych", którzy chcieli uwolnić się spod panowania jakiegoś totalitaryzmu. I jeżeli chodzi o to, to my też chcieliśmy być taką kapelą, która walczy z totalitaryzmem. Ale jeżeli chodzi o prowokację polityczną, to tak naprawdę mieliśmy to głęboko gdzieś, tak naprawdę nie interesowała nas polityka. Mieliśmy taką nazwę bo wiadomo - fajna nazwa. I ta muzyka i te teksty robią niezły czad, to nas rajcowało, ale tak naprawdę nie zależało nam czy chcemy walczyć z ustrojem czy nie. Tak naprawdę Polska była od zarania jakaś duchowa i chodziło nam o wartości i wyjście poza przyzwyczajenia we własnym umyśle.

- Opowiedz o pierwszym winylu Moskwy.

- Dwa tygodnie robiliśmy pierwszą płytę w studiu u Waltera Chełstowskiego, w CCS Records. Było to pierwsze poważne spotkanie ze studiem - poznanie, co to znaczy nagrywać w studiu itd., itd. W końcu się płyta ukazuje, i kurczę wiesz ciekawa sprawa, że twoja płyta się ukazuje w sklepach i w ogóle odlot wielki. Pamiętam, że zrobiło to duże wrażenie w Łodzi, że kapela z Łodzi wreszcie wydała płytę. Wszyscy się bardzo cieszyli, chociaż niektórzy już nie grali z łódzkiego składu na tej płycie, ale pamiętam, że ucieszyli się, że to jest fajna sprawa. A dla mnie super akcja.

- A dlaczego na krążku na perkusji udziela się raz Gogo, raz Stopa? Z czego to wynikało?

- Dlatego, że kiedy nagrywaliśmy płytę Gogo robił akcje. Zresztą robił już wcześniej - nie przyjeżdżał na pewne koncerty, i nie robił tak tylko nam ale i Armii też, bo grał z Armią. Pamiętam taki koncert, że spóźnił się na koncert i musiał grać zamiast niego vocalista Bułgarów i w końcu powiedzieliśmy Gogowi - słuchaj jest Stopa, który chce z nami grać, wiesz fajnie gra, tobie dziękujemy. Powiedzieliśmy Gogowi, że grałeś z nami tyle więc fajnie jak z nami zagrasz większość utworów, które grałeś, a parę, które zrobiliśmy ze Stopą, to Stopa zagra i tak się podzieliliśmy. I po tej płycie już graliśmy ze Stopą.

- Nie graliście w roku 1988 ani w Jarocinie ani na Róbrege, ale zagraliście koncert w Łodzi w klubie "Lutnia", gdzie wpadłeś w furię i rozwaliłeś o scenę kosmosa. Pamiętasz to zdarzenie? Do tej pory mam z twojej gitary kawałek mostka.

- Akurat tego nie pamiętam dokładnie (śmiech), ale być może coś takiego się zdarzyło. Nie no, wiesz wszystko ma swój urok, być może prawie był wtedy taki nastrój.

- Piękny nastrój. Czy pamiętasz "FMR Jarocin'89" - kiedy dość ozięble przywitała was publika?

- Wspominam to na takiej zasadzie, że był to skład specyficzny i zagraliśmy po prostu na miarę możliwości tego składu. Myślę, że publiczność oczekiwała od nas może więcej starych numerów, może więcej oczekiwała właśnie punkowego klimatu. Ja się trochę zaplątałem w ten skład i gdzieś tam taka muzyka, taka była. Pamiętam, że tak sobie czułem się po tym koncercie i po jakimś czasie pojechałem do Berlina i grałem na ulicach. Po prostu na ulicach do kapelusza.

- A płyta "Życie niezwykłe" - wspominasz ją w wywiadach, że była przypadkowa i może mało potrzebna?

- Nie. To znaczy ja mam inne podejście do tej płyty. Miałem podejście do niej na takiej zasadzie, że mamy parę dobrych numerów do nagrania i ogólnie chciałem się gdzieś tam nimi bawić. To nie tak, że nagrałem te numery, żeby coś nagrać. Bawiłem się nimi autentycznie.

- Roll'n'rock?

- Tak, tak na przykład. Czułem, że była to potrzebna płyta na drodze zespołu. Nie mogliśmy być jakby bierni. Chciałem tej płyty żeby pokazać, że jesteśmy, że gramy, że coś robimy. Akurat wtedy był taki skład, wyszła taka muzyka i to była taka płyta. Nie wstydzę się jej. A po drugie na dzień dzisiejszy myślę, że wybrał bym z niej do grania parę utworów.

- W którym momencie doszedłeś do decyzji rozwiązania kapeli?

- Był taki czas kiedy, wiesz miałem trochę kłopotów z narkotykami. Ogólnie miałem przesyt i życia i radości. Ogarnęła mnie jakaś frustracja i nie bawiło mnie nic zupełnie. Ani Moskwa, ani jaranie jointów, ani branie speedów, ani nic takiego. Stwierdziłem, że znajomi, których lubiłem przestają mnie interesować, bo tak naprawdę idą w taką drogę, którą ja już przeszedłem i ona mi nic nie dała czyli narkotyki czy tam jakieś takie fascynacje rzeczami ulotnymi. I pomyślałem, że trzeba coś zrobić ze sobą. Najpierw to było uwolnienie się od nałogów, narkotyków - oczyszczenie. Potem były gdzieś tam dwa miesiące w 'Monarze'. Te dwa miesiące dały mi tyle siły, że poczułem się na tyle mocny, żeby wyjść i samemu wiesz być niezależnym. Potem był rok abstynencji i nieabstynencji (?), a potem zetknąłem się z medytacją. Medytacja dopiero dotarła do mojego umysłu. Przekonałem się, że żeby coś zmienić to trzeba dotrzeć do swojego umysłu - tam się wszystko dzieje i tam jest droga do mojej duszy. No i wiesz, zaczęło się od zabawy w medytację, od tego co to jest, co to jest hipnoza, potem stwierdziłem, że medytacja bardzo mi pomaga i bardzo dużo daje mi dobrego. Czułem się po medytacjach jak po wypaleniu jointa. To było dla mnie tak super sprawą, że mogę coś takiego fajnego przeżyć jak po jointcie, ale nie po jointcie tylko po medytacji. No i pomyślałem, że to jest dla mnie droga. Rok spędziłem na medytowaniu różnych praktyk duchowych, czy też czystego życia. Po dwóch latach wyjechałem do Indii, do Aszramu i tam tą praktykę pogłębiłem. Tak, że dużo mi to dało - mój światopogląd się diametralnie zmienił w tym sensie, że jakby zacząłem wracać do takiego siebie, do takiego Pawła, którego znałem tylko z momentu w moim życiu, w którym byłem szczęśliwy, a którego nie znałem ciągle ponieważ próbowałem coś zastąpić dragami. I ten Paweł, szczęśliwy zaczął być widoczny dzięki praktyce duchowej i czystemu życiu. Myślę, że Bóg nad każdym w jakiś sposób czuwa i nade mną też i po prostu pomógł mi. Bardzo fajnie i bardzo mu za to dziękuję, że gdzieś tam się mną zajął i zaczął być obecny w moim życiu, w zupełnie realny sposób. Medytacja jest, wiesz czymś takim jak modlitwa, może dla mnie jeszcze głębszym. Jest to sposób połączenia z moim prawdziwym, bardzo głębokim ja, które daje mi łączność z Bogiem. To jest taka droga, która daje mi naprawdę siłę, żeby być wolnym i być niezależnym i czuć szczęście bez dopalaczy. Bo jeżeli człowiek bazuje tylko na dopalaczach i tytko dlatego jest szczęśliwy, to jest bardzo duża iluzja. Ale jeżeli umie być bez dopalaczy szczęśliwy, to wielkie gratulacje.

- Twoja droga poszukiwania Boga różni się od tej jaką znaleźli i wybrali choćby Twój kolega z zespołu Darek Malejonek, Budzy z dawnej Siekiery a obecnie Armii, czy Litza. Oni bardzo wyraźnie opowiedzieli się po stronie religii katolickiej, Ty natomiast zwróciłeś się w stronę religii dalekiego wschodu.

- Myślę, że wiedza, którą zgłębiłem w Indiach, akurat tam, dała mi tak naprawdę pełne zrozumienie tego o czym mówi Ewangelia. To przesłanie Chrystusa za którym poszedł Malejonek i Litza i Budzy.

- Rozumiem, że wasze wybory wzajemnie się ze sobą nie kłócą?

- Ich wiara daje mi dużo inspiracji w tym, co samemu robię. Myślę że te prawdy, które Bóg przekazuje za pośrednictwem Jezusa Chrystusa są dla mnie tak samo ważne jak i dla nich. Wiem, że najważniejsza jest szczerość i prawda w tym, co się robi. Bóg nie mowi ci jakiego wyznania masz być - on chce żebyś stał się mu bliski i kochał innych ludzi, a to co ludzie dzisiaj rozumieją pod pojęciem religia najczęściej dzieli ludzi na prawie wrogie sobie armie. Więc jeśli pójdziemy za prawdziwym głosem z serca to zrozumiemy, że wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami, i nasza jedyną religią jest miłość i pokój, a o tym mówią Chrystus, Shiva, Budha, Krishna, Mahomet. Więc w pewnym momencie zrozumiemy, że te wszystkie podziały nie mają po prostu sensu. Dlatego jeżeli wszyscy naprawdę zrozumią przesłanie tych wielkich przewodników duchowych, nie będzie już podziałów a zostanie po prostu miłość, która jest naszą ludzką prawdziwą religią.

- Ostatnie pytanie - ile czasu istnieć będzie jeszcze zespół Moskwa?

- W tej kwestii nie mogę się wypowiadać dlatego że...

- To jest oczywiście ironizujące pytanie.

- Właśnie, ja widzisz mam inne projekty oprócz Moskwy. Na przykład gram muzykę reggae i dla mnie jest to bardzo super i w ogóle fajna muzyka. Ja kocham reggae. Myślę, że oprócz Moskwy, na pewno będę grał reggae i będzie to na pewno muzyka, która będzie miała dobry skład. Ale oprócz tego gram też muzykę relaksującą, która jest bardzo duchowa, są to różne piosenki duchowe, mantry i po prostu tego typu muzyka. Tak, że nie mam w tej chwili tylko Moskwy. Robię też zupełnie inne pomysły , dogrywam muzykę w teatrze, bawię się w różne inne rzeczy. W tym momencie muzyka jest dla mnie ważna, ale tak naprawdę jest dla mnie ważna moja świadomość i to czy ja naprawdę służę ludziom w jakiś dobry sposób. Chciałbym, żeby muzyka, którą gram w jakiś sposób służyła ludziom - nie była tylko dla zaspokojenia mojego ego, czy dla zarobienia pieniędzy, czy dla jeszcze innych celów. Dopóki będę czuł, że to co robię w jakiś sposób służy ludziom i robi coś dobrego - będę grał. Jeżeli w pewnym momencie poczuję, że to co robię już nie jest dla mnie i nie służy to dobru ogółu - znajdę inny środek wyrazu.
Póki co Moskwa gra i ostro atakuje!!! Pozdrawiam wszystkich!!!

- Dziękuję serdecznie za rozmowę!

- Ufff!

Partyzancki wywiad, w załoganckich warunkach
przeprowadził - w nocy z 22 na 23.02.2002, po
koncercie Moskwy w łódzkim "Forum Fabricum"-
Mariusz Pieszyński.
Zdjęcia z o miesiąc późniejszego (24.03.2002)
koncrtu w warszawskim CDQ (c) - dada@serpent.pl.

powrót do początku strony


:::e-mail::::dada.serpent.pl on terra soundtralis incognita::::