aktualnosci

 

Relacje koncertowe

 

"FMR Jarocin'84".
Posiadające spory ładunek intelektualny Siekiera, Prowokacja, Moskwa, Abaddon, Dezerter to grupy, które
trzeba rozumieć. Wprawdzie muzyka przed nimi się nie ugina, ale granice zostały przerwane.
Jacek Sylwin, Non Stop, nr 9/1984.

 

 

"Rockowisko'84".
(...) Gdy jurorzy udali się na naradę, czas oczekiwania umilił zespół Moskwa. Grupa ta w ubiegłym roku nie
zakwalifikowała się do finału Przeglądu, a dzisiaj jest gwiazda wieczoru! No i proszę, jaki ten los płata figle, a jak głupio musza się czuć ci, którzy kapelę odrzucili. Oczywiście nikt nie wątpił w ich kompetencje. Moskwa swoje odegrała zupełnie nieźle, a potem odczytano werdykt. (...)
Krzysztof Hipsz, Na Przełaj ,nr 2/1985.

 

 

"Rock Arena'85".
(...) Honor otwarcia "Rock Areny'85" (17 maja) przypadł tajemniczej grupie M..kwa. Szybko wyjaśniło się, że
chodzi o grupę punk rockową. Na konferencji prasowej, szalenie sympatyczny menażer, Mietek (ojciec jednego z muzyków!), zapewnił, że nie zamierzają zmieniać nazwy. M. kwa grała poprawnie, ruszając punków, choć znam kapele robiące to znacznie bardziej przekonująco. Za to piosenką "Dla cenzury" ("La lalla... la") grupa udowodniła, że nawet punkowcy mogą pisać prawdziwe młodzieżowe kawałki. (...)
Grzegorz Brzozowicz, Non Stop, nr 7/1985.

 

 

"FMR Jarocin'85".
(...) Na scenie jest zespół Moskwa. Padają słowa: "bomby, mirykarabiny, czołgi, to już historia, wybuch
jądrowy, krzyk atomowy, nie do obrony... pokolenie małp prowadzi nas w  paskudny świat i ciągły strach... opętani, myślą zagłady zdychamy powoli, latami, kierują nami jak kukłami, to oni decydują, knują, jak wykończyć tylu nas, zabić nas, zdeptać nas... za późno uciekać, bo nie ma już gdzie, nie ma ratunku, to koniec, to śmierć, śmierć". (...) ( Pisownia oryginalna. A tak poza tym utwór "Powietrza" przypisany został kukizowym Piersiom... - mp).
Grzegorz Matz, Zarzewie, nr 36/1985.

 

 

"IV Grand Festiwal Róbrege'86".
(...)
Wśród opinii, z którymi można było się zetknąć na Grandfestiwalu, była też i taka, że jest to przegląd pojarociński. Nawiązaniem do niej mógł być fakt (odnotowania godny jako ważne wydarzenie) wręczenia przez Wojciecha Konikiewicza nagrody, dla jak się wyraził najbardziej odjazdowego muzyka występującego w tym roku na jarocińskiej scenie. Nagrodę ufundowała sekcja muzyków Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, a otrzymał ja Guma -gitarzysta, wokalista i lider zespołu M - kwa. (...)
Sławomir Gołaszewski, Magazyn Muzyczny, nr 12/1986.
(...) Miłym akcentem było wręczenie nagrody PSJ dla najlepszego, młodego gitarzysty rockowego Otrzymał ją Paweł 'Guma' Gumola z zespołu M - kwa, z którym pokazał jak wygląda solidny, polski heavy-punk. (...)
Paweł Sito, Magazyn Muzyczny, nr 12/1986.

 

 

"FMR Jarocin'87".
(...) Na początek rytualny taniec wszystkich punksow pogo. A przygrywała im i to wcale niezgorzej kapela, która zwłaszcza ostatnio może pochwalić się i kilkoma udanymi występami i kilkoma niezłymi nowymi nagraniami. Grupa Moskwa, która moim skromnym zdaniem jest w tej chwili jedna z dwóch czołowych polskich grup punkowych. (...)
Piotr Majewski, Magazyn Muzyczny, nr 10/1987.
(...) Wszystkie swe wady i zalety potwierdziła Moskwa.
(...)
Jan Skaradziński, Non Stop, nr 10/1987.

 

 

"V Grand Festiwal Róbrege'87".
(...)
Moskwa - kolejna punkowa grupa, która w ciągu ostatniego roku przeszła istotne zmiany personalne. Teraz już wiadomo na pewno, że wyszły one grupie na dobre. Moskwa zaczyna kombinować, próbuje odkryć punkową melodykę, a jej eksperymenty mogą wytyczyć nową i ciekawa drogę artystyczną. (...)
Adam Grzegorczyk, Na Przełaj, nr 38/1987.
(...) W tym ogólnym hałasie najgorsze wrażenie zrobiły na mnie kapele Moskwa i Milion Bułgarów
które za produkt "artystyczny" uważają (...) tępy, ciągły łomot przypominający odgłos pracy sieczkarni. O zrozumienie wykrzykiwanych tekstów nie było w ogóle mowy. (...)
Mariusz Szczygieł, Na Przełaj, nr 38/1987.
Kilka tygodni później Mariusz Szczygieł zapyta na tych samych łamach krytyka literackiego i ...rockowego, Piotra Bratkowskiego o kwestię tępego łomotu i zasad pracy sieczkarni:
M. S. - (...) O zrozumienie wykrzykiwanych tekstów nie będzie w ogóle mowy. Wyda mi się, że ciągle leci ten sam numer, nie zauważę przez to żadnej różnicy między jednym a drugim utworem. Muzycy Moskwy szczycą się, że od pięciu lat grają najszybciej w Polsce.
P. B. - To bardzo źle. Nie dla ciebie, ale dla zespołu. Teksty powinny być  zrozumiałe, bo ważnym elementem 
ich sztuki jest przekaz. Teksty są często niesłyszalne i jest to winą zarówno złej dykcji jak i nagłośnienia koncertów. Robią to faceci, którym w ogóle nie zależy.
M. S. - Posłuchałem nieszczęsnej Moskwy i mimo dobrych chęci mam w głowie tylko łomot  perkusji i gitary basowej. Oj!
P. B.-  Jeśli przeszkadza ci łomot i sam nieregularny, dudniący rytm, to musisz sobie uświadomić, że znaczna część wszystkich prądów w sztuce opiera się na pewnej rewolucji estetycznej. Czyli burzeniu utartych przyzwyczajeń na temat tego, co jest piękne, a co odpychające. Sztuka XX wieku włączyła do swoich zainteresowań brzydotę. Odeszła od takich zjawisk jak harmonia w poezji, regularny rytm, "ładne" malarstwo... jeśli na koncercie Moskwy był tylko rytm, to mogę cię zapewnić, że na obrazach Mondriana są tylko kreski! (...)
Plan zatykania trąby, Na Przełaj, nr 45/1987.

 

 

"Hybrydy", Warszawa 25. 02. 1988.
Dawno nie byłem w ""Hybrydach", z którymi wiąże się tyle wiele moich muzycznych wspomnień.
Najpierw jako fana, później także i dziennikarza. Byłem tam świadkiem wielu artystycznych wydarzeń i porażek, koncertu Moskwy nie da się wszakże zaliczyć do żadnej z tych kategorii. Muzyka zespołu nie uniosła się triumfalnie ponad głowy publiczności ani nie padła z hukiem u jej stóp. Szkoda, bowiem położona centralnie pupa nie jest jednak w sztuce najważniejsza częścią ciała. Nie było ogólnie rzecz biorąc, aż tak źle, jak może wynikać z poprzedniego akapitu. Moskwa zagrała swój program rzetelnie i energicznie, a w pewnym momencie wydawało się nawet, iż łapie głębszy oddech. Niestety, chwila ta trwała bardzo krótko. Być może, również z winy publiczności, która odmówiła dość stanowczo swego poparcia. Wokaliście głos coraz częściej zaczął siadać i występ tak już dobrnął do końca. Oczywiście, nie zakończonego bisem. I to się temu dziwić. Błąd zespołu tkwi w tym, iż ugrzązł w punkowych wzorcach z roku 1977 (jeden z utworów rozpoczyna się nawet niemal identycznie jak "Anarchy In The UK"), swoją muzykę próbuje jednak okrasić nieco gitarowymi ewolucjami o nowszym, thrashmetalowym rodowodzie. Entuzjaści pierwszego z wymienionych gatunków w większości wszakże wieczorami tulą do snu swe małe pociechy i na klubowe włóczki czasu raczej nie mają, drugiego zaś - są zbyt ortodoksyjnymi fanami, by akceptować hybrydy (nie mylić z klubem). Sceną i widownią "Hybryd" rządziły dwa różne kalendarze, co - by sięgnąć do zawsze pouczającej historii - przypomina przypadek Cockney Rejects. Myślała podobnie - i nie. znalazłszy adresatów dla swej muzyki - niepostrzeżenie zniknęła z afiszów. A tego Moskwie nie życzę.
Jerzy A. Rzewuski, Magazyn Muzyczny, nr 4/1988.

Był to pierwszy od prawie roku koncert rockowy w "Hybrydach". Przyciągnął do klubowej salki nową generację punk-rockersów, która - jak zwykle bywa między pokoleniami - chyba nie bardzo była świadoma tego, jaki to dramat się rozgrywa przed jej oczami i uszami. Oto na scenie zespół, ostatni już obok Dezertera, z rewolucyjnej fali punk rockowej początkowych lat 80. bardziej heavy i bliższy teraz Bad Brains niż niż niegdyś Discharge. Grający muzykę na poziomie, poza który wyjść nie można. Przynajmniej teraz. Moskwa przedstawiła program pochodzący z jej pierwszej płyty długogrającej. Mocny w przekazie i zwarty, pełen odniesień do otaczającej nas rzeczywistości. Był to jeden z ładniejszych koncertów punkowych, jakie zdarzyło mi się obejrzeć. I specjalnie użyłem słowa "ładniejszy", albowiem punkowa estetyka ma już dzisiaj swój kanon, swoją konwencję - o wiele bliższa pojęciu sztuki, niż ta, którą proponują nam tv-showmani. A że jednak wpływ tych drugich jest większy na stan świadomości odbiorców - na to już nic poradzić nie można. Można tylko czuć, jakimi wibracjami wypełnia się przestrzeń, jakie wizje i poruszenia obecne są w powietrzu. Tak wiele osób narzekało na brzmienie, a przecież słuchać i słyszeć też się można nauczyć. Na tym właśnie polega dramat dzisiejszych koncertów. Nauka płynąca z odbiorników przypomina bowiem indoktrynację. Dźwięki spoza wąskiego pasma przestają docierać, stają poza zasięgiem percepcji. Przebudzenie już się dokonało, lecz wyśniony świat mija się z marzeniem. I znów ujawnia się profetyczne przesłanie zawarte w jednym z utworów grupy Kryzys: ciągle krzyczysz na mnie, wszędzie ciasno jest, nie można oddychać swobodnie - jestem już zmęczony, mam was dość.
S.M.,Non Stop, nr 4/1988.

 

 

D.K. "Lutnia", Łódź, jesień 1988.
(...) Po ich (Okupacji z Łodzi; tego wieczoru grała też Kompania Karna z Bydgoszczy - mp)koncercie na scenie robi się ciemno. Na pole walki wkracza księżyc (gwiazda brzmi głupio) wieczoru - Moskwa. Gdybym nie wiedział, że mają grać, to bym ich nie poznał. Paweł na pierwszy rzut oka wygląda jak spokojny młodzieniec, a nie wokalista znanej kapeli punk.. Pozory jednak mylą. Zaczęli koncert od "Nigdy!". Potem kilka szybkich z dziwnymi tekstami (miłość, panienki i kwiatki). Tylko muzyka się nie zmieniła, dalej ostra z charakterystycznymi solówkami. Byłby to zwykły występ Moskwy gdyby nie kawałek "Nie tak". Zaczęło się normalnie - refren, zwrotka i nagle solo (gitara nie stroi). Rozpoczyna się uczta dla punkowego oka. Guma ściąga gitarę i kończy solówkę nogami, by następnie dwoma uderzeniami rozpieprzyć ją w drobny mak. Resztki lecą w publikę, a ona śpi dalej.
(...)
Krzysztof 'Model' Kornak, Kanaloza, nr 3/1988.

 

 

"Hala Stoczni", Gdańsk,  wiosna 1989.
Cześć w Gdańsku! - ryknął Guma i od razu pożałowałem, że przyszedłem na ten koncert. (Moskwa, Kult, Róże Europy, KSU, Milion Bułgarów, Variete i Armia, która olała i nie przyjechała, słusznie zresztą). Taki początek zwiastował bowiem okrutny sąd, gdzie w roli prokuratora miała wystąpić Moskwa, oskarżeni natomiast mieliśmy być my. Proces bez adwokatów, przekupionych świadków, bez uwzględnienia jakichkolwiek okoliczności łagodzących. Twarzą w twarz z legendą polskiego punk rocka. Niestety po przeciwnych stronach barykady, choć jeszcze niedawno wydawało się to niemożliwe. Godzina prawdy wybiła. Cześć w Gdańsku! - ryknął Guma i od razu pożałowałem, że przyszedłem na ten koncert. W tych słowach bowiem zostały zawarte wszystkie obelgi świata. Nigdy dotąd nie czułem się tak zgnojony i zmieszany z błotem. Nikt jeszcze mnie tak nie upokorzył. Najchętniej zapadłbym się wtedy pod ziemię razem z tym cholernym mitycznym miastem. Miastem gdzie każdy człowiek chodzi w aureoli boskości i chwały, miastem, w którym bohaterstwo można kupić za psie pieniądze na każdym rogu ulicy, miastem nad którym bogowie sprawują swą bezinteresowną opiekę. A Gdańsk to kanał. Tutaj wszyscy z lubością taplają się w swych drogocennych odchodach i gniją. Pełni dumy z dobrze wypełnionego obowiązku... na nieszczęście nie zniknąłem z powierzchni Ziemi, również dostojne miasto nadal tkwiło tam gdzie przedtem, więc egzekucja toczyła się dalej. Publika odpowiedziała na powitanie radosnym okrzykiem... Moskwa nie musiał się wysilać, aby osiągnąć to, co zamierzała. Dla kogo miała wypruwać  z siebie żyły? Dla miłych chłopców w błyszczącym obuwiu, czarnych płaszczach i gustownych apaszkach? Dla miłych dziewcząt w świeżutkich zamaszkach, podwiniętych dżinsach i ekstrawaganckich katanach? Dla garstki wyleniałych skinów? Dla rachityczno-anemicznych thecure'owców? Dla trzęsących portkami punków (kalam nazwę, sorry)? Dla romantycznej młodzieży słuchającej romantycznych piosenek nadawanych w romantycznej audycji przez romantycznego pana Beksińskiego? Dla gniewnych intelektualistów okupujących miejsca siedzące? Mimo wszystko na początek poszło "Nigdy!", więc jednak była w nich jakaś nadzieja... bo rzeczywiście jeśli cokolwiek mogło zadziałać, to chyba jedynie "za taką cenę będziecie k...wami". I zadziałało odzew był spontaniczny. "Lechia Gdańsk!" - skandowała banda zabłąkanych kibiców. "Solidarność" - darła się zgraja zabłąkanych zadymiarzy. "Precz z komuną!" - wrzeszczała zwarta grupa zabłąkanych przedstawicieli opozycji. A Moskwa grała... w powietrzu unosił się duch Jarocina, odżyła potęga dawnych gorących dni, zewsząd napływała nieskończona moc i siła. Ale nikt tego nie czuł. Nikt.
Dariusz Obołończyk, Non Stop, nr 5/1989.

 

 

"FMR Jarocin'89".
Nie dojechała jedna z grup i zamiast nich wystąpiła Moskwa. Tym razem, mimo iż zespół występował już w Jarocinie, publiczność jakoś go nie kupiła. Stało się tak chyba dlatego, że widownia punk rockowa każda zmianę stylu gry swoich zespołów traktuje jak zdradę.
Piotr Majewski, Gazeta Młodych nr 65/1989.

 

 

"Łódź Kaliska", Łódź, 27. 09. 2001.
Moskwa reaktywowała się w Łodzi Kaliskiej!

Legendarna łódzka grupa punk-rockowa zagrała koncert w "Łodzi Kaliskiej".
Łódzka grupa Moskwa zagrała jak w latach swojej świetności, a atmosfera na koncercie przypomniała fanom czasy, kiedy polski punk był potęgą. Zespół w połowie lat 80. grał na największych festiwalach, a jego koncerty często przerywała milicja, co dodało smaku sławie Moskwy. Muzycy nie odnaleźli się w nowych czasach i rok 1991 okazał się końcem grupy.
Kiedy kilka dni temu w bramie prowadzącej do "Łodzi Kaliskiej" zobaczyłem plakat informujący o koncercie Moskwy, byłem zaskoczony i zaintrygowany. Tuż przed występem w pubie panował kameralny, klubowy nastrój. Przy stolikach siedzieli ludzie, z których większość dopiero uczyła się mówić, gdy łódzka grupa zaczynała grać. Pili piwo i spoglądali na rozstawione instrument nie spodziewając się niczego więcej niż miałkie, nijakie melodie. Stało się inaczej. Dawny lider Paweł 'Guma' Gumola z odnowionym składem zaczęli od hałaśliwego wstępu instrumentalnego. Później było nie mniej ostro i głośno. Na pierwszy ogień poszło "Nigdy!" ("Nigdy nie powiem tak jak wy, nigdy nie sprzedam się jak wy"). Między rozstawione stoliki wbiegli młodzi ludzie. Wszyscy ubrani na czarno. Na nogach buty - glany. Rozpoczęło się pogo, czyli opętańczy taniec z potrącaniem się i przepychaniem. Publiczność na krzesełkach odsunęła się na bezpieczną odległość.
Guma z przekonaniem wykrzykiwał swoje manifesty - jak dawniej. Jego głos nie zmienił się przez lata. Muzyk nie ma już dzisiaj wielkiej blondczupryny, jego gitara lśni nowością, mimo to wciąż propaguje punkowy bunt. W czasie występu muzycy nie tracili czasu na rozmowy ze słuchaczami czy dostrajanie instrumentów. Jeden utwór przechodził w następny. Moskwa należała dekadę temu do najszybciej grających polskich zespołów - i nie straciła tempa. Grała dynamicznie nie zapominając przy tym o popisach instrumentalnych. Nowy skład w czadowych kawałkach pokazał swoją sprawność wykonawczą. Czasami rockowy riff przechodził w reggae, wciąż pełne energii. Tuż po pierwszy utworze ktoś z publiczności wykrzyknął: "grupa reaktywowana, zupa odgrzewana". Nie miał racji. Wiem, jak smakuje ogrzewana zupa. Tymczasem Moskwa tego wieczoru zaprezentowała smakowitą muzykę. U Gumy wyraźnie widoczny był głód grania w rewolucyjnym tonie. Wygląda na to, że znów będzie prowadził swoją walkę, namawiał do miłości i niezależności.
Krzysztof Kowalewicz, Łódź Kaliska.

 

 

"Centralny Dom Qultury", Warszawa, 24.03.2002.
O tym, ile czasu upłynęło od ostatnich koncertów Moskwy, niech zaświadczy okrzyk "Hej! Który z was to Guma?", skierowany w stronę montującej się na scenie grupy. Bo już to, co dobiegało z kolumn w trakcie samego występu, całkowicie nie dawało odczuć, że Paweł Gumola rozpoczynał "zabawę" w punk-rocka już ponad 18 lat temu.
Po ponad dekadzie przerwy, Moskwa powróciła do grania we wrześniu ub.r. i po kilku koncertach "w kraju", w
marcu ściągnęła w końcu do Warszawy. Wśród publiczności przekrój od kilkunasto- do czterdziestolatków (choć ci najmłodsi raczej ściągnęli na poprzedzających "gwiazdę" Prawdę, Apatię i Włochatego). Natomiast na scenie energia, znana z najlepszych lat grupy. Przeważały utwory z lat 1984-86, nie zabrakło "Nigdy!", "Samobójstw", "Światła atomowego" czy "Powietrza". Ale też i Guma pokazał, że nie chodzi mu jedynie o "odgrzewanie kotletów" i że muzycznie (a i ideowo)  jest już trochę w innym miejscu. Stąd pojawiło się na chwile reggae (bliskie mu ostatnimi laty), stąd kawałek dotyczący Tai Chi. Stąd też chyba nie było np. "Vistuli", zagrania którejdomagała się spora część publiczności.
Co dalej z Moskwą? Sam jestem ciekaw. Czy chodzi tylko o promocję wydanej w ub. roku płyty "1984 koncert", czy też o powrót na stałe? Wg mnie koncert warszawski zdecydowanie przekonuje do tej drugiej opcji.
Dariusz Anaszko, Tylko Rock nr 5/2002.

 

 

"Flora", Hamburg, 6.06, Berlin-Kopi 7.06.2002.
Koncerty w Niemczech były super. Przyjeżdżamy najpierw do Berlina po naszego organizatora niejakiego Lipę, który od paru lat mieszka na Kopi w Berlinie i jest tam dosyć znana postacią w światku punk-anarcho-sqot-brothers and sisters, ha!ha! Zabieramy go ze squotu i mkniemy już w komplecie busem, który prowadzi perkusista Apatii - Krzysiek. Czasu mamy niewiele a 300 km przed nami. Pada niezły deszcz, jest korek na trasie - nie wiemy czy zdążymy! Wreszcie dojeżdżamy na miejsce jesteśmy grubo po czasie, jednak na miejscu miejscowa załoga składająca się głownie z Polaków przyszła na koncert i czeka. Jednak facet, który miał to nagłaśniać myślał, że już nie przyjedziemy i się zwinął. Tych, którzy tam byli wcale to nie zniechęciło i paru miejscowych punko-sqoterso-kloszardow zaproponowało nam do grania miejscowy garaż, w którym były wzmacniacze i perkusja, aby tam zagrać koncert. Być może i byśmy tam zagrali, ale oni by chyba niezbyt wiele usłyszeli bo byli ciut za mocno narąbani. Po krótkiej naradzie okazało się, że tego samego wieczoru jest w Hamburgu w zaprzyjaźnionym z organizatorami klubie "Flora" koncert pary grup niemieckich. Po paru telefonach okazało się, że możemy tam zagrać jako gość z Polski. Zagraliśmy na końcu po grupie młodych kolesi ale grających bardzo soczyste dźwięki. Pamiętam, że przed koncertem podszedł do mnie akustyk i zapytał co gramy, bo musi  wiedzieć jak ma nas nagłośnić, więc powiedziałem krótko - punk, a on że już wie o co chodzi i żebym się o nic nie martwił, że będzie głośno, ha!ha! Zaczęliśmy od "Nigdy!", potem trochę nowych numerów i stare - "Co dzień" czy "Samobójstwa". Na naszym koncercie było dużo Polaków - nie wiem skąd naszego narodu tyle za granicą? - ułatwia to bardzo  komunikację, bo w większości mówiłem do publiki po polsku, oni  zresztą do mnie też, ha!ha! Potem to już tak się rozhasali, że zaczęli się polewać wodą, którą w większości polewała drobna blondynka z tatuażami i prawie dyrygowała całym pogo. Zagraliśmy około godziny, potem chyba ze trzy bisy i koncert się skończył. Po koncercie wiara myślała, że będziemy ostro imprezować ale mimo namowy, niektórych zagorzałych imprezomanów, będąc po całym dniu podróży i po koncercie poszliśmy spać do mieszkania znajomej Lipy. Nazajutrz obejrzeliśmy mecz mundialowy Brazylii i tylko Lipa by pamiętał z kim bo ja nie! Zaraz po meczu wsiedliśmy w busika i sru do Berlina tym razem bez spóźnień. Na Kopi było swojsko, po prostu klimat ok.! Gwiazdą wieczoru był zespól La Fraction z Francji - grają  melodyjną odmianę spokojnego ale dynamicznego punk rocka, czasami dało się słyszeć w glosie wokalistki harmonie typowe dla francuskiej  piosenki poetyckiej! My zaczęliśmy ten wieczór i tu nie wiedziałem jak mówić ponieważ znowu było dużo ludzi z Polski, ale większość to miejscowa nacja niemieckojęzyczna. Zaczęliśmy jak zwykle od "Nigdy!", a potem przekładaniec: trochę nowych, trochę starych numerów. W międzyczasie trochę pogadałem do ludzi raz po polsku, raz po angielsku i jakoś się chyba ze wszystkimi dogadałem. Ten koncert wyglądał tak: większa część to Niemcy, którzy stali cały koncert i słuchali uważnie co gramy pukając sobie nóżką, podczas gdy Polacy od razu zaczęli pogo, ale gdy zobaczyli, że większość raczej stoi słuchając trochę spokorniała i przyjęła postawę miejscowych. Za to nam grało się dobrze, jak nigdy czułem się bardzo na luzie i bez stresu, także pozwalałem sobie na małe improwizacje podczas niektórych numerów czy to wokalowe, czy gitarowe. Pamiętam jak zagraliśmy jeden z nowych kawałków "Gram na kongach" to cala kapela puściła się w pewnym momencie w improwizację i wyszło coś takiego, że do dzisiaj tego nie jesteśmy w stanie powtórzyć. I tak stopniowo koncert dobiegał końca, gdy powiedziałem, że to już będzie ostatni numer, to w polskiej załodze puściły blokady i zaczęli bawić się na całego. Potem był jeden i drugi bis, na którym polscy załoganci wskoczyli na scenę i śpiewali razem ze mną - Bomby miny karabiny to już historia! OOOOOOO! Niemcy tylko klaskali ale i tak było milo! Ogólnie po koncercie byliśmy zadowoleni i posłuchaliśmy trochę La Fraction, na którą czekała chyba większość, a po całej imprezie poszliśmy spać, jak się okazało w jednej kanciapie z  Francuzami (każdy w swoim śpiworze!) Nazajutrz śniadanie, pożegnanie  ze wszystkimi znajomymi no i z Lipą, charyzmatyczną postacią na Kopii. Wsiadamy do naszego busa i ruszamy do Polski, bowiem czekają już dwa koncerty w Krakowie i w Katowicach. Jedziemy opowiadając sobie nowe niemieckie dowcipy, które zasłyszeliśmy podczas wyjazdu,  śpiewając od czasu do czasu jeden z nich: Rodacy! Nic się nie stało! Rodacy nic się nie stało! Może kiedyś opowiem go całego, ale to następnym razem!
Paweł 'Guma' Gumola, czerwiec 2002.

powrót do pocz±tku strony


:::e-mail::::dada.serpent.pl on terra soundtralis incognita::::